29.01.2016

Rozdział 2


Siedziałam na tym samym obdartym fotelu co kilkanaście godzin temu, szukając nieistniejącej już paczki papierosów, podczas gdy mój rozsądek walczył z przegrywającym sumieniem. To był ten typ walki, któremu przyglądałam się z szerokim uśmiechem na twarzy.
Sumienie wciąż mówiło o tym jak źle potraktowałam rodziców. Katowało moją głowę wspomnieniami z czasów, kiedy potrafiliśmy się dogadać i żadne ich słowo nie sprawiało, że każda część mojego ciała gotowała się ze złości, twarz wykrzywiała w nieznanym grymasie, a mdłości podchodziły coraz bardziej do gardła. Sumienie doskonale znało moją przeszłość i w idealny sposób potrafiło wykorzystać każdą pojedynczą sekundę mojego dziecięcego życia, jednak rozsądek i tak wygrywał.
W przeciwieństwie do sumienia, rozsądek nie musiał się starać. On znał mnie teraz, znał wszystkie moje zachcianki, wybryki i inne takie rzeczy, o których sumienie nie miało już pojęcia. Rozsądkowi wystarczyło przypomnieć o ojcu, który woli siedzieć z głową w papierach, planując idealne wyjście dla swojej firmy, niż zająć się swoją rodziną; i o matce, która nie radzi sobie z depresją i co chwilę łyka tabletki, od których nie radzi sobie z odróżnieniem rzeczywistości od marzeń. Ojciec myśli, że robi coś, co ułatwi mi samodzielne życie, bo przecież pieniądze to najważniejsza rzecz świata, za to matka uważa, że nikt nie widzi tych momentów, kiedy bierze jedną tabletkę, rozgląda się i łyka kolejną. Czasem myślę, że ona nie jest już świadoma tego, co dzieje się naprawdę, bo wyprał jej się mózg. Jestem pewna, że potwierdza moją teorię za każdym razem, gdy myli imię swojego własnego syna.
– Znów ty – szepnęłam, widząc zbliżającego się do mojej nogi kota. – Wiesz kto zabrał moje papierosy? – Patrzałam na niego jak łasił się do brudnego buta, całkowicie ignorując moje słowa.
Westchnęłam i opadłam na fotel, zamykając oczy. Nie miałam ochoty spać, chciałam tylko w ciszy przysłuchiwać się walce dwóch diabłów, które wciąż nie odpuszczały i na szczęście nie robiłam tego sama.
– Nie gryź mojego buta – syknęłam, unosząc nieco nogę, aby uniemożliwić zwierzęciu jego czynów. Zdenerwowana odepchnęłam trochę kota, przez co się najeżył. – Nie patrz tak na mnie, to moje ulubione buty!
– Tego jeszcze nie było, żeby Lily Collins rozmawiała z kotem.
– Tego jeszcze nie było, żeby Theo James urwał się z lekcji – zażartowałam, odwracając się w stronę przyjaciela, który szedł w moim kierunku z papierosem między ustami.
Natychmiast się poderwałam z miejsca, biegnąc do niego, jednak nie otrzymałam tego, co chciałam. Theo wyciągnął przed siebie rękę, zatrzymując mnie w miejscu. Spojrzałam na niego, marszcząc brwi, podczas gdy on perfidnie wypuścił dym w moją twarz.
– Sam spierdalaj! – Uderzyłam jego blokującą mnie rękę, ale mimo to Theo i tak jej nie zabrał. – Człowieku, nie rób mi tego. Tylko jeden buch, błagam...
– Nie ma mowy – odpowiedział z szerokim uśmiechem, przez co wiedziałam już, że to nie jest papieros, więc jeszcze bardziej chciałam mieć go między swoimi ustami.
– Ty pieprzony dupku! Jakim cudem skręciłeś sobie jointa, skoro nie wiesz jak to się robi? – Tym razem uniosłam nieco brwi i krzyżując ręce na piersi, odsunęłam się o krok. Theo zabrał swoją rękę, chowając ją do kieszeni spodni.
– Miałem dobrego towarzysza w nocy – odpowiedział z szerokim uśmiechem, a ja jeszcze szerzej otworzyłam w zdziwieniu usta.
Ponownie uderzyłam jego rękę, odwracając się na pięcie, aby wymazać widok jego zadowolonej twarzy z głowy. Theo zawsze taki był i nigdy mi się to nie podobało. Odkąd pamiętam robił mi na złość i w perfidny sposób wykorzystywał moje słabości. Przychodziło mu to tak naturalnie, a mimo to i tak nie potrafiłam być na niego zła. Tym razem wystarczyło, że zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że joint trzymany w jego dłoni tak naprawdę znajduje się w mojej i to moje źrenice robią się niekontrolowanie większe, a umysł powoli odpręża.
Zirytowana kopnęłam kamień, który leżał przed moją prawą stopą i usiadłam na poprzednim miejscu. Rozejrzałam się dookoła, poszukując wcześniejszego towarzysza, ale nie zauważyłam go. Jak to możliwe, że kot zniknął w tak krótkim czasie i w dodatku niezauważony?
Westchnęłam, ponownie zerkając w kierunku Theo, który okręcał się wokół własnego ciała, z głową uniesioną do góry i zamkniętymi powiekami. Niekontrolowanie się uśmiechnęłam, choć wciąż drżałam z rosnącego pragnienia.
– Chcę iść do szkoły – oznajmiłam. Ignorując jego zszokowany wyraz twarzy, jedyne co zrobiłam to wzruszyłam ramionami i lekko poruszyłam głową.
– Zaczynam się martwić...
– Cicho bądź – przerwałam mu, jednocześnie pomasowałam się po lewym ramieniu, które nagle zaczęło niemiłosiernie boleć. – Muszę coś tam zrobić i szczerze mówiąc, nie pamiętam już gdzie znajdują się niektóre pomieszczenia. No i mam coś do zabrania z szafki – dodałam po chwili, napotykając wzrokiem jego potakiwanie. – Tylko nic nikomu nie mów, to będzie niespodzianka.
– Cholera jasna! Nie sądziłem, że dożyję tych czasów! – krzyknął radośnie, rzucając się na mnie i następnie przytulając, a kiedy skończył, wyciągnął w moim kierunku mały palec prawej ręki, więc mogliśmy spokojnie zapieczętować naszą umowę.
– Co się tu dzieje?!
Przekręciłam lekko głowę, zauważając powoli zmierzającą do nas Victorię. Uśmiechnęłam się, mimo że na jej widok bardzo chciało mi się śmiać. Wyglądała jakby od kilku dni była bezdomna, bez dostępu do wody i bez czystych ciuchów. Wyglądała o wiele gorzej niż ja po każdej imprezie.
– Woah, dziewczyno! Co to jest to coś, co masz na głowie?! – Theo podszedł do niej, głośno krzycząc niezrozumiałe słowa.
Nie potrafiłam dłużej wytrzymać. Widząc co przyjaciel wyprawia z Victorią, zaczęłam się śmiać. Theo wyciągał z jej włosów jakieś śmieci, które musiały się tam dostać, gdy upadła w krzaki, bo to jedyne rozsądne wyjście, jakie przychodzi mi na myśl. W innym przypadku jej włosy nie byłyby całe w liściach.
– Vi, masz gówno na twarzy! – wrzasnął z obrzydzeniem, literując ostatnie słowo.
Zaczęłam się jeszcze bardziej śmiać, ponieważ uważałam, że to najlepsze co mogę teraz zrobić, jednak widząc minę Victorii, od razu przestałam.
– Co cię tak bawi?! Ile razy tak kończyłaś? Och, czekaj, przychodzisz do mnie w takim stanie codziennie od... siedmiu miesięcy? – Szturchnęła moje bolące ramię, wyprowadzając mnie tym z równowagi.
Wstałam, aby być na równi z nią i wcale tego nie chcąc, wymierzyłam cios w jej policzek. Przyglądałam się jak jej twarz przekrzywia się w lewo, a z ust wydobywa się pisk. Byłam zaskoczona swoim zachowaniem, ale i tak nie zamierzałam przerwać. Od razu złapałam za jej włosy, szarpiąc nimi na wszystkie kierunki, aż wreszcie obie upadłyśmy na ziemię.
– Ty pieprzona cnotko! Nie będziesz mi wypominać moich błędów, rozumiesz?! – krzyczałam w jej twarz, akcentując każdy pojedynczy wyraz, podczas gdy ona wciąż piszczała z bólu.
Chwilę później poczułam jak Theo stara się mnie odciągnąć i przypadkiem – lub nie – mocniej chwycił za lewe ramię. Krzyknęłam, gdy ból okazał się mocniejszy niż wcześniej i od razu odsunęłam się od przyjaciółki.
– Kurwa – syknęłam, ściągając kurtkę, aby zobaczyć sączącą się pod nią krew.
– Obie powariowałyście – skomentował, rzucając w moim kierunku jakąś szmatką. – Co ci się stało?
Podszedł do Victorii i pomógł jej wstać, jednak wciąż uważnie przyglądał się mojej ranie. Próbowałam odtworzyć w głowie wszystkie wydarzenia ubiegłych kilku godzin, starając się przypomnieć sobie coś, co mogło doprowadzić do tego, że mam otwartą ranę na ramieniu, ale mimo usilnych starań, nie potrafiłam. Zrezygnowana westchnęłam, przykładając brudną szmatkę do rany, wiedząc, że prawdopodobnie skończę z zakażeniem.
– Theo, musimy iść... – szepnęłam, nie zwracając uwagi na przyjaciółkę.
– Gdzie? – wtrąciła się, ignorując naszą potajemną wymianę spojrzeń.
– Lily idzie do szkoły.
Zmierzyłam przyjaciela poważnym wzrokiem, będąc całkowicie zranioną przez fakt, że zignorował naszą obietnicę. Zirytowana pokręciłam głową i wstałam, ostrożnie ponownie zakładając kurtkę, a następnie zwyczajnie odchodząc, nie zwracałam uwagi na krzyki przyjaciół.
***
– Wydaje mi się, że to była tajemnica, ale nie pamiętam – powiedział, delikatnie się uśmiechając.
Joint, którego Theo spalił kilka minut temu, zaczął już mieć władzę nad jego organizmem, więc chłopak niezbyt zdawał sobie sprawę z dziejących się rzeczy. Wciąż rejestrował wydarzenia, które przed chwilą miały miejsce, ale nie umiał już dłużej brać tego na poważnie i widok bijących się dziewczyn przerodził się w jego głowie w coś całkiem zabawnego. Powoli odlatywał do świata fantazji i marzeń; do świata, w którym Theo James nie jest tylko zwykłym homoseksualnym dupkiem, ale do świata, w którym jego imię i osoba coś znaczą. To on jest wiecznie na szczycie i w centrum, a nie jakaś Lily Collins, która jedyne co potrafi to upić się do nieprzytomności. Nigdy nie podobało mu się to, co dziewczyna czyni ze swoim życiem, ale nigdy też nie potrafił jej o tym wprost powiedzieć. Prawdziwy powód ich przyjaźni to chęć bycia widzianym. Theo doskonale umiał wykorzystywać ludzi, aby osiągnąć swoje cele. Wiedział co robić, żeby mu ufano. Był wyszkolony do roli aktora, choć nigdy nawet o tym nie myślał. Lily była jedną z tych osób, które także wykorzystał... przy pomocy Victorii. Żadne z nich nie przejmowało się tym faktem, wręcz przeciwnie – cieszyli się z bycia tak wysoko w szczeblu społecznym. W tym idealnym świecie nie było miejsca na porażki i ta dwójka doskonale o tym wiedziała. Wiedzieli jak wykorzystywać każdy wzlot Lily i jak zamieniać jej porażki na korzyść całej trójki. Cokolwiek Collins by nie zrobiła, i tak wyszłaby z tego triumfem.
– Jeśli Lily przestanie ci ufać, przysięgam, że zostaniesz sam! – krzyknęła, uderzając przyjaciela w tors.
Theo jedynie głośno się zaśmiał i pokiwał głową, całkowicie ignorując dziejące się wokół niego rzeczy. Machał rękami w powietrzu i rozmawiał sam ze sobą, co chwilę się śmiejąc, dzięki czemu Victoria już wiedziała, że odleciał.
– Ostatni raz naprawiam to, co zniszczyłeś...
***
Dylan wciąż tkwił w nieznanej mu czasoprzestrzeni, w której jedyne co czuł, to niesamowity ból spowodowany wciąż nowo pojawiającymi się ranami. Wiedział, że z tego miejsca nie uda mu się tak łatwo uciec i doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że tylko jakaś naiwna ludzka postać sprawi, że wróci do swojego normalnego życia – do życia, w którym znęcanie się nad wybawcą znaczyło więcej niż własny oddech; do życia, które przepełnione było grozą, szantażami, krwią i śmiercią. Nic nie miało tak wielkiego znaczenia jak sprawienie, że czerwone gałki oczne nigdy więcej nie będą białe. W świecie Dylana czerwień oznaczała zwycięstwo, władzę; z kolei biel zapewniała mu wieczne życie w blasku innych demonów.
Jednak tym razem coś poszło zupełnie inaczej. Dylan stracił swoją szansę na zdobycie władzy i skazał samego siebie na tortury.
A wszystko przez zielone oczy...
– To jej wina! – wrzasnął, kiedy kolejne ostrze trafiło w jego nagą klatkę piersiową.
***
Budynek szkolny wydawał się dużo zmienić od momentu, w którym widziałam go ostatni raz. Ceglane mury nie były już czerwone, lecz jasno niebieskie z dużym szyldem nad drzwiami. Większość okien przysłonięta była roletami, których wcześniej nie było, a przed wejściem posadzone był przeróżne kwiaty i krzewy.
Wszystko było nie tak jak za dnia, w którym byłam tu po raz ostatni, dlatego miałam coraz większe wątpliwości, czy aby na pewno rozpoznam wnętrze i trafię do miejsc, które mnie interesują.
– Pieprzyć to – szepnęłam do siebie, pchając drzwi prowadzące do środka.
Przez chwilę czułam się zagubiona, ale bardzo szybko zrozumiałam, w której części budynku byłam, co niezmiernie mnie ucieszyło. Chciałam ruszyć przed siebie, ale wtedy usłyszałam znajomy głos za swoimi plecami. Niechętnie się odwróciłam, przenosząc wzrok na Vi.
– Czego chcesz? – burknęłam niezadowolona, skupiając swoją uwagę na łamiącym się paznokciu prawej dłoni.
– Theo całkowicie odleciał, a ja postanowiłam pomóc. – Zbliżyła się, niepewnie wyciągając w moim kierunku brudną rękę. – Nawet po tym jak mnie pobiłaś, wciąż proponuję rozejm, bo wiem, że w życiu nie znajdę bardziej lojalnej i prawdziwej przyjaciółki. I możesz przelewać agresję na moje ciało za każdym razem, gdy tylko będziesz miała taką ochotę, ale w tym momencie jedyne o czym myślę to pomóc ci... – przerwała na chwilę, więc domyśliłam się, że czekała na moją reakcję.
Nie ufałam jej. Doskonale wiedziałam, kiedy kłamała, a kiedy mówiła coś szczerze. Tym razem kłamała, a potwierdzenie znalazłam w jej skrzyżowanych nogach. Mimo to postanowiłam dalej grać w jej gierkę i powoli uścisnęłam jej dłoń.
– I poza tym ktoś musi spojrzeć na twoją ranę, nie wyglądała dobrze.
– Mam co innego do zrobienia – wtrąciłam się, ponownie się odwracając. – Więc zacznijmy od czegoś prostego, gdzie znajdę moją szafkę?
Widziałam jedynie szeroki uśmiech Victorii, kiedy wyszła przede mnie i żwawym ruchem szła w kierunku mi nieznanym. Próbowałam dorównać jej kroku, ale nie zamierzałam dać jej żadnej satysfakcji z faktu, że tak szybko odpuściłam. Cierpliwie czekałam na moment, w którym wszystko zakończę, tylko po to, żeby wiedzieć, że mam do tego wszystkie potrzebne rzeczy i informacje na jej temat.
– Tu jest! – krzyknęła radośnie, wskazując palcem na czarne drzwiczki szafki.
Głośno się zaśmiałam, kiedy zauważyłam, że wszystkie inne szafki są koloru niebieskiego, a w mojej głowie od razu pojawiło się wspomnienie drugiego dnia liceum, gdy przyszłam do szkoły z czarną farbą oraz zamiarem pokazania wszystkim, że nie obchodzą mnie żadne zasady oprócz moich własnych. Zostałam przyłapana, gdy drzwiczki były już do połowy pomalowane, ale mimo wizyty u dyrektora, i tak dokończyłam swój plan. Następne dni były całkiem zabawne, biorąc pod uwagę fakt, że kilku śmiałków również próbowało wprowadzić kilka zmian w wyglądzie szkoły, jednak ich próby był daremne.
Zawsze byłam, jestem i będę legendą tej szkoły.
Stanęłam naprzeciwko drzwiczek i chwyciłam kłódkę między palce.
– Jaki jest mój kod? – Zmrużyłam lekko oczy, opierając głowę o szafkę.
– Dwa, dziewięć, pięć, zero, siedem...
– Jeden, siedem – dokończyłam za przyjaciółkę, przypominając sobie ciąg cyfr, a następnie spojrzałam na nią znaczącym wzrokiem. – Odsuń się i nie patrz co robię.
Victoria kiwnęła głową i od razu odsunęła się kilka kroków, stając do mnie plecami.
Przerzuciłam plik pobrudzonych, podartych i pogniecionych kartek, aż wreszcie znalazłam małą szkatułkę, w której trzymałam zapasowy klucz do domu babci. Potajemnie go wyjęłam i schowałam do biustonosza, uprzednio upewniając się, że Victoria na pewno nie patrzy, a kiedy byłam już gotowa, zatrzasnęłam drzwiczki i szturchnęłam jej ramię.
– Sekretariat. – Skinęła głową, pokazując kierunek, w którym miałyśmy iść.
Gabinet znajdował się na trzecim piętrze, tuż obok pokoju dyrektora, który od razu rozpoznałam ze względu na częste wizyty w nim. Zwykłym gestem ręki nakazałam Victorii pozostać blisko schodów i sama ruszyłam dalej.
Nie fatygowałam się, aby zapukać, czekać na pozwolenie do wejścia i dopiero wejść. Oszczędziłam sobie formalności w momencie, w którym od razu otworzyłam drzwi, napotykając zaskoczone spojrzenie sekretarki.
– W czym mogę pomóc, panno Collins? – zapytała, odkładając trzymaną w ręce teczkę, po czym poprawiła spadające na nos okulary.
– Wypisz mnie z tej szkoły – oświadczyłam, siadając obok niej na kawałku biurka. – Byle szybko, bo naprawdę się spieszę. – Uśmiechnęłam się do niej, wskazując na komputer.
Prue jedynie kiwnęła głową i natychmiast wzięła się do pracy. To w niej lubiłam, nie trzeba było mówić jej dwa razy co ma robić, bo doskonale rozumiała już za pierwszym.
Kilkanaście minut później opuściłam jej gabinet z teczką zawierającą dokumenty odnośnie mojego zdrowia, poprzednich szkół i przewinień, których dopuściłam się w obecnej szkole. Będę miała co czytać w nocy.
– Spadamy – powiedziałam, nie czekając na to, aż Victoria przestanie flirtować z jakimś okropnie brzydkim chłopakiem, który nie dość, że nie grzeszy urodą, jest niższy od niej.
– Lily? – Stanęłam w miejscu, zamierając i nie mogąc normalnie myśleć, gdy usłyszałam przytłumiony głos mojego brata.
Powoli spojrzałam w lewą stronę, gdzie przy ścianie siedział samotny, skulony chłopiec z kolanami przy klatce piersiowej i łzami w oczach. W tym momencie nie umiałam normalnie myśleć. Czułam jak moje emocje powoli biorą górę nad całym ciałem, oraz że przegrywam grę w udawanie silnej.
Mój brat to jedyna osoba, na której szczerze mi zależy. Tylko on potrafi sprowadzić mnie na ziemię w najgorszych chwilach; tylko on wie, że jest moją słabością, ale teraz siedział tam, całkiem samotny, a ja nie mogłam nic zrobić poza przytuleniem go.
– Co się stało? – Scott pociągnął nosem, dzielnie walcząc z silącymi się do spłynięcia po policzkach łzami. – Ktoś cię skrzywdził? – Nalegałam, jednak on wciąż patrzył na mnie zaszklonymi oczami, nic nie mówiąc. – Krasnalu, jeśli mi nie powiesz, nie będę wiedziała jak ci pomóc...
– No, bo... – zaczął, jednak od razu przerwał, gdy jego wzrok napotkał kogoś w oddali. Automatycznie przeniosłam tam swój wzrok, zauważając grupkę śmiejących się chłopców, jednak od razu przestali, gdy tylko napotkali moje spojrzenie.
– Powiesz mi, albo zrobię z nimi porządek bez wiedzy o tym, co ci zrobili. – Uniosłam lekko brwi, ponownie skupiając się na bracie.
– Ja tylko nie chcę być sam w domu. Tata ciągle pracuje, a mama nie chciała dziś wstać, żeby zrobić mi jedzenie. Li, jestem głodny! – dokończył, unosząc ręce do góry, jakby chciał coś przez to powiedzieć. – Wróć do domu, proszę!
– Nie – odpowiedziałam, chwytając jego rękę. – Przeniesiesz się do mnie. Pamiętasz dom babci? – Skinął głową, więc kontynuowałam: – Kiedyś dorobiłam klucz, tak na wszelki wypadek i dzisiaj go znalazłam. – Ostrożnie wyjęłam klucz, aby pokazać bratu, że go nie kłamię.
– Będę z tobą mieszkać? – zapytał radośnie, na co przytaknęłam głową.
– Pod warunkiem, że kiedy przyjdę wieczorem po swoje rzeczy, będziesz spakowany i gotowy do wyjścia.
– Będę!
– W takim razie kup sobie coś do jedzenia i więcej się nie smuć. – Poczochrałam jego włosy, po czym wstałam i wyjęłam z kurtki kilka pogniecionych banknotów, które wręczyłam bratu.
Obejrzałam się dookoła siebie w poszukiwaniu Victorii, jednak kiedy nigdzie jej nie widziałam, postanowiłam sama opuścić ten budynek, nie przejmując się, czy nadal w nim jest.
***
A diabeł czuwa i czeka na pierwszą porażkę; na pierwszy znak, który pozwoli mu zesłać jednego ze swoich synów, aby dokończyć dzieło niszczenia świata.
To w końcu się stanie, zło nadejdzie i nic już nie będzie piękne.  
Rozdział, który miał pojawić się w październiku, pojawia się w ostatnie dni stycznia, brawo dajmond! Mam nadzieję, że trójka pojawi się znacznie szybciej, a jeśli nie to do zobaczenia za kilka miesięcy, xoxo